sobota, 19 marca 2011

słabość i chorość

I po imprezie.
Bilans dnia: (jednak) 3 zespoły, 2 torty, 1 spalony piec, 1 interwencja pogotowia, 1 stracony głos... i dużo, dużo gości. A nerwów jeszcze więcej. Wiedziałam, że zdarzy się coś złego, przeczuwałam w kościach, że będą problemy... Po tym, jak jednak Tomek przybył na koncert, na początku pierwszego występu spalił się piec basowy. Żeby tego było mało podczas drugiego koncertu jakaś kobieta się przewróciła i uderzyła głową w posadzkę - wezwano karetkę. Na zapleczu już zapalano świeczki na torcie, a my cuciliśmy pijaną... Po tym wydarzeniu antycypowałam już tylko rychły koniec świata... Teraz trochę żałuję, że nie nadszedł... Za to zanim zachrypłam i częściowo straciłam głos, oczywiście musiałam powiedzieć za dużo. Sic, okazałam słabość. Teraz tak to chyba odbieram, ale nie umiem żyć w niepewności... Wolałabym wiedzieć. Tymczasem nie okazało się kompletnie nic...
Słabość. Słabość to dobre słowo. Czuję słabość... I lubię kiedy swoim zachrypniętym głosem mówisz do mnie "Ania"... Wymowne?

Chorość. Choroba sprawia, że czuję się bezsilna. Dosłownie. Fizycznie i psychicznie. Niemożność wydobycia z siebie głosu jest przejmująca i chwilami prowadzi do rozpaczy...
Zaopiekuj się mną...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz